Biblioteka Koczalska - Floetensteiner Bibliothek

www.koczala.hiazintus.com 


Texte

Jacek Bublewicz

Wyspa na Jeziorze Glebokim

Kolejny dzien upalnego lata mial sie ku koncowi. Pograzona w goraczce okolica przyjela z ulga na swe czolo chlodna dlon nocy. Fale jeziora usnely w swym biegu, a na milczacej tafli wody zapalaly sie, jedna za druga, swietliste oblicza gwiazd.

Spoczywajacy nad brzegiem jeziora wedrowiec przez dluzszy czas obserwowal nadejscie nocy. Widzial, jak zanikaja kontury drzew, jak barwy zlewaja sie i milkna. Slyszal odglosy, ktore z godziny na godzine tracily na swej sile, jak dzwiek niesiony w dal przez echo. Takze on, wedrowiec, oparty o pien drzewa, poddawal sie temu nastrojowi. Z wdziecznoscia przyjmowal dar nocy, podazyl fala uczestnikow dnia i przymknal swe ciezkie powieki.

A od wschodu rozpoczal swa wedrowke wielki, okragly ksiezyc. Wkrotce wzniosl sie wysoko ponad las okalajacy jezioro, ukazujac w swym swietle znajdujaca sie na jeziorze wyspe, potezna i cicha. Ktoz by mogl przypuszczac, ze blade swiatlo padajace z tarczy ksiezyca jest odbiciem promieni slonca, ktore, mimo ze uszlo naszym oczom, zerkalo jednak ciagle z ukosa na swego nocnego brata, szczegolnie na niego, czy to z powodu zazdrosci, czy tez wskutek powszechnie znanemu pociagowi do bieguna przeciwnego.

W pewnej chwili zadrgaly spiacemu powieki. Spojrzal przed siebie. Od strony wyspy plynely ku niemu niespotykane o tej porze dnia odglosy, smiech i rozmowy w nieznanym jezyku. Wyspa tetnila zyciem! Nagle spostrzegl posuwajacy sie po ciemnej tafli jeziora plomyk, ktory zblizal sie do niego cicho i spokojnie. Podniosl sie z ziemi i podszedl do samego brzegu, przyciagany ciekawoscia i strachem zarazem. W plomieniu rozpoznal palaca sie pochodnie, przymocowana do przedniej czesci lodzi, pustej lodzi! Wkrotce dotarla ona do brzegu, zatrzymujac sie na wprost stojacego w oslupieniu czlowieka.

Z wnetrza lodzi bila niesamowita sila, zapraszajac tajemnym gestem do srodka. Nie trwalo to dlugo, a juz niosla na swym pokladzie osobe, po ktora przybyla. Plynela ku wyspie, spokojna i dumna jak oblicze ksiezyca. Serce wedrowca bilo niespokojnie. Co chwile spogladal na jasny plomien pochodni, na przewodnika, ktory szepczac naklanial do milczenia.

Doplyneli na miejsce. Nagle z oparow wody wylonila sie mloda dziewczyna, bosa i skromnie ubrana. Podala mu reke, skinela na powitanie. Podazyl jej krokiem, oddajac sie w jej wladanie. W poblizu wielkiego ogniska bawila sie garstka rozesmianych dzieci, zas wokol niego siedzialo wiele osob, starzy i mlodzi, mowiacy i milczacy. Dziewczyna wskazala mu wolne miejsce na ubitym podlozu, sama zas usiadla po drugiej stronie ogniska. Podano mu czare z napojem przedziwnym, o smaku nieznanym, choc niezrownanym. Zamyslil sie w blasku ruchliwych plomieni, spojrzal na dziewczyne, wsluchal sie w otaczajace go zycie, po czym skosztowal lyk cudownego napoju. Nagle, ze srodka ogniska unioslo sie mnostwo malenkich iskier, ktore, rzucone w gore, ukazywaly wszystkim na ulamek sekundy piekno swego istnienia.

Otworzyl oczy. Zaczelo juz switac. Dreszcz porannego chlodu przeszyl jego konczyny. Wraz z nim budzilo sie takze zycie jeziora. Spojrzal ku wyspie. Stala cicha i lekko zamglona. Wiedzial, ze przed wiekami kwitlo na niej zycie ludzkiego ogniska, teraz rosna tam drzewa, wspaniale i nieznane. I niech tak pozostanie.

Wyspa na J. Glebokim

^nach oben ^

Inhalt

Startseite

Bücher

Texte

Alte Bilder

Urkunden

Links

Kontakt

Werbung


Copyright (c) 2007 - Jacek Bublewicz, www.hiazintus.com
All Rights Reserved
Webmaster: Jacek Bublewicz -
koczala@hiazintus.com