Biblioteka Koczalska - Floetensteiner Bibliothek

www.koczala.hiazintus.com 


Wybór tekstów

Jacek Bublewicz

Mała Brda

Ostatnia niedziela lutego obdarzyła wszystkie istoty niezmiernie miłą niespodzianką.

Minęły już mroźnie dni wspierane pełnią księżyca. Powoli i z niejakim ociąganiem się odchodziły również ciężkie mgły ostatniej odwilży. Czy zbliżał się koniec zimy?

Stojąc na brzegu rodzinnego jeziora, ze skupioną uwagą odbierałem wszelkie impulsy budzącego się ze snu dnia. Już w drodze nad jezioro spostrzegłem niezwykłe poruszenie w lesie; rozbrzmiewał tam bowiem radosny śpiew ptaków, któremu towarzyszyło zawzięte stukanie dużego dzięcioła. Na zamarzniętej tafli jeziora siedziały dwa miejscowe, urodzone tu łabędzie, które tegoż roku dość wcześnie wróciły do domu.

"Szykuje się piękny dzień", pomyślałem mimo woli zerkając ku przesłoniętemu lekką woalką błękitnemu, porannemu niebu.

Nagle, słysząc gdzieś w oddali majestatyczny trzepot skrzydeł lecących łabędzi, obróciłem się do tyłu, a po chwili ukazała się mym oczom grupa wielkich białych ptaków, które to lecąc nad samą powierzchnią zamarzniętego jeziora kierowały się w stronę północy. Długo nie spuszczałem z oczu unoszących się w oddali łabędzi, gubiących swój kształt, przemieniających się w małe punkciki na niebie. W pewnym momencie od południowo-wschodniej części jeziora rozległ się dźwięk rozbijanego lodu. Bawiło się tam kilku chłopców w wieku szkolnym, którzy zapewne wysłani przez rodziców na niedzielną mszę, znaleźli sobie bardziej interesujące zajęcie.

Przypuszczenia dotyczące dzisiejszej pogody nie minęły się z prawdą. Wkrótce pojawiło się piękne słońce, które przepędziło siłą swych promieni resztki mgły zakrywającej daleką linię horyzontu. Powróciwszy ze spaceru z niejakim niepokojem w sercu przyglądałem się zmianom barw i nastroju obrazu świata za oknem. Coś się budziło w mym wnętrzu, coś pragnęło wydostać się na zewnątrz ku otwartym przestrzeniom; przedrzeć się przez mroki czasu zastoju, ruszyć ku nowemu życiu, postawić pierwszy krok, wypowiedzieć pierwsze słowo. Czy nadszedł jednak czas po temu?

Zaprzestałem zadawania sobie zbyt wielu zbędnych pytań. Spakowałem czym prędzej swe rzeczy do wędrówki i ruszyłem ku północy, w ślad za lecącymi łabędziami ujrzanymi rano nad jeziorem. Nie chciałem bowiem zmarnować tak pięknego dnia, tym bardziej bezcześcić go jakąkolwiek lekturą.

Idąc z Koczały w kierunku pierwszego mostu na Brdzie, wchłaniałem oczami czysty, głęboki odcień błękitnego nieba, na którym płynęło od strony wschodniej kilka kłębiastych chmur. Nad otwartymi polami rozbrzmiewał śpiew zwinnych małych ptaków, zaś na zaoranej ziemi połyskiwały w słońcu różnej wielkości kamienie, typowe dla tej sandrowej krainy. Niewielki ruch panował na drodze. Minęło się ze mną jedynie kilka pojazdów, jadących z południa lub północy. Śnieg przepadł niemal bez śladu. Tylko w zacienionych miejscach, w rowach lub pod drzewami, widniały pojedyncze jego plamy.

Tam, gdzie szosa zakręca w stronę Wilkowa, za głównym skrzyżowaniem, skręciłem na małą leśną dróżkę prowadzącą do Pietrzykówka. Idąc tą drogą znalazłem się wkrótce w pięknym lesie, porośniętym wieloma drzewami, wśród których rzucały się w oczy sędziwe buki, których gładka i jasna kora odbijała od swej powierzchni ciepłe promienie słońca. Co chwilę dosłyszeć było można krakanie dumnych kruków, które przelatywały z głośnym trzepotem skrzydeł z jednej korony drzewa na drugą. Również tutaj zauważyłem wiele powalonych drzew - ofiar ostatniej wichury. Po kilku minutach, idąc raz pod górę innym zaś razem z górki - w zależności od ukształtowania terenu, przez który przeciągała droga - znalazłem się wkrótce nad rzeką Brdą. Tu też, opierając się o poręcz mostu, odpocząłem przez chwilę.

Spokojnie i dziecinnie niewinnie przepływała pod mostem Brda, prastara w tej krainie, choć z każdą chwilą inna, podlegająca nieubłaganym prawom przemiany.

Celem mej dzisiejszej wędrówki była jednak jej mniejsza siostra, równie urocza, choć zapewne nie tak dobrze znana.

Losy Małej Brdy, podobnież jak jej siostry, związane są nierozerwalnie z pełnym tajemnic jeziorem, jeziorem Deper. Ludzie obdarzali to jezioro wieloma nazwami. Ostatnimi czasy, na nowych naszych mapach widnieje nazwa Jezioro Głębokie. Jednakże w języku okolicznej ludności zachował się ślad nazwy starej, której rdzeń nie zmieniał się przez wieki. Jak się przypuszcza, nazwa jeziora pochodzi od starej nazwy Brdy, którą zwano bardzo dawno temu Dbra. Od tej nazwy pochodzi jedno z pierwszych imion jeziora, a mianowicie Deprsko. Nazwa ta przybierała różne brzmienia, np. Deprzk, Döper i Deeper. Osobiście zaprzyjaźniłem się z tym jeziorem już bardzo dawno temu. Nie raz przepływałem jego wody wszerz i wzdłuż, poznając przy tym jego nastroje, nawyki i kaprysy, które zmieniały się nieustannie w zależności od pory dnia i roku, w zależności od pogody, od upływającego czasu. Udało mi się zebrać do skarbca mych obrazów wiele legend i opowieści z życia tego jeziora, w których nierzadko odkryć można prawdziwe rysy jego oblicza. Mowa w nich jest o sławnej wyspie, dawnym grodzie Pomoranów, o Olchowym Bagnie, które raz w roku, w późnych godzinach nocy, łączy z wyspą złoty, w kształcie tęczy most.

Jasne promienie słońca wychylającego się zza wierzchołków drzemiących drzew po południowej stronie jeziora, przyglądały się sobie z uznaniem w lustrze zamarzniętej wody. Kiedy doszedłem do miejsca, gdzie Mała Brda wpływa do Depru, oślepiony zostałem intensywnym światłem odbijającym się od gładkiej powierzchni lodu. Przez zamazany napływającymi do oczu łzami obraz, ujrzałem na wschodnim brzegu jakiegoś wędkarza, który na różne sposoby próbował wejść na lód, którego grubość nie gwarantowała żadnego bezpieczeństwa.

Ruszyłem po chwili śladem krętej rzeki, idąc tym razem - inaczej, niż miałem to w zwyczaju czynić - od jej końca w stronę początku. Oba brzegi rzeki porośnięte były wieloma średniej wielkości drzewami, które ocieniały i osłaniały jej wody. Nie pojawiła się jeszcze bujna nadrzeczna roślinność, tak iż mogłem bez trudu kroczyć tuż opodal skocznej, szemrzącej wody. W dwóch miejscach, jeszcze przed samym Pietrzykówkiem, napotkałem dwie pary kaczek krzyżówek, które przerażone niespodziewanym pojawieniem się intruza, uleciały kwacząc w niebogłosy ku błękitnym przestrzeniom nieba.

Nadspodziewanie szybko dotarłem do Pietrzykówka, które powitało mnie głośnym, przenikającym ciszę pianiem koguta.

Na pobliskim jeziorze Ciemno, przez które przepływa Mała Brda, była również warstwa cienkiego, przezroczystego lodu. Jakże było tu spokojnie! Jakże wspaniale, niemalże uroczyście przenikało powietrze tchnienie majestatycznych moren okalających jezioro! Nad mą głową szybowały nieustannie czarne kruki. Ich ogólne ożywienie wywołane było, jak można przypuszczać, rozpoczętą niedawno porą lęgów, która jest dla każdej pary kruków wielkim corocznym wydarzeniem. Naprawiają więc w owym czasie swe stare gniazda, do których nie zaglądały niemal przez dziewięć miesięcy, zaopatrują je w miękką wyściółkę stwarzając jak najlepsze warunki dla swego potomstwa.

Idąc wolnym krokiem brzegiem jeziora Ciemno, nie omieszkałem odwiedzić jednego z dwóch półwyspów, a mianowicie tego najmniejszego i najwęższego, który wrasta w wody od strony północy. Tutaj też ujrzałem wiszące już na drzewach kotkowate kwiatostany w kolorze jasnej zieleni i ciemmnej purpury. Nagle, od południowo-zachodniej strony jeziora, dobiegł do mych uszu pojedynczy i niezwykle silny krzyk żurawia.

Cóż za niezwykły rok zawitał w te strony! Jakby nie dowierzając temu wszystkiemu, wciągnąłem głęboko powietrze. Nie... Wiosny nie czuć było jeszcze w powietrzu.

Mała Brda wpływa do jeziora Ciemno od strony północno-wschodniej i ma tam lekko brązowy kolor. W miejscu tym oba brzegi rzeki porośnięte są gęsto drzewami, stanowiącymi jakby bramę do rozpoczynającego się tutaj lasu. Kiedy z wielkim zainteresowaniem przyglądałem się wpływaniu Małej Brdy do jeziora, na pobliskiej łące pojawił się wielki, jasnobrązowy pies, który myśląc zapewne, że nie jest przez nikogo widziany, zaczął podskakiwać i biegać w kółko jak mały szczeniak. Nagle ujrzał mnie i był - podobnie jak ja psem - niemile zaskoczony. Obaj rozeszliśmy się jednak w pokoju.

Podążyłem dalej szlakiem małej rzeczki i dotarłem wkrótce do miejsca, gdzie stał niegdyś młyn, z którego korzystali zarówno mieszkańcy Pietrzykowa, jak i Pietrzykówka. Nieszczęśliwym trafem pietrzykowski majątek przeszedł w 1802 roku w ręce miasteckiego landrata, Johanna Gottlieba von Massow, który w 1804 roku kazał spuścić Jezioro Wiejskie, znajdujące się po zachodniej stronie wsi. A skoro Mała Brda przepływała przez to jezioro, będące w zasadzie stawem młyńskim, zabrakło jej wkrótce siły, by dalej obracać koło młyńskie.

Opodal gruzów starego młyna spacerowało w towarzystwie małego psa dwóch mieszkańców Pietrzykowa, korzystających zapewne z uroków dzisiejszej niezwykłej pogody.

Znalazłem się wkrótce pośród zaoranych moren po zachodniej stronie Pietrzykowa. U mych stóp rozciągały się podmokłe łąki, nad którymi, po wschodniej stronie, leżała oświetlona intensywnymi promieniami słońca wieś. Ceniłem sobie zawsze takie niezaangażowane, bezstronne spojrzenie na rozmaite przejawy życia w naszym świecie; uspokajało to serce, podnosiło wartość własnych spostrzeżeń i sądów, uczyło szacunku dla innych.

Przez ogołocone z liści drzewa prześwitywały kontury pietrzykowskich domów, których barwy - szczególnie biel i czerwień uwydatnione głębokim błękitem nieba - ożywiały całą okolicę, choć nadawały jej także wyrazu pewnego nieładu. Przyglądając się wysoko położonej linii rzędów domów, dostrzegłem również jasne mury wiejskiego kościoła, będącego skarbnicą pietrzykowskich podań, zmyślonych i prawdziwych historii.

W kościele tym spoczywa zacny Peter Gotberg, o którym pisał August Blanke, że jako osiemnastoletni młodzieniec zaciągnął się w szeregi armii szwedzkiej, później zaś walczył po stronie polskiej i niemieckiej. W latach 1592-1595 bojował przeciw Turkom, a w pobliżu Gran powalił trupem pewnego tureckiego wodza. Za jego postawę mianowano go kapitanem, następnie pułkownikiem, a po wojnie komendantem Lęborka, w którym to mieście nazwał się żartobliwie "Satrap von Leopolis" (satrapa z Leopolis), ponieważ nazwa Lęborka pochodzi od wyrazu "leo" (lew). Służba dyplomatyczna umożliwiła mu powiększenie posiadanego majątku oraz wpływów, tak iż mógł w 1608 roku zakupić Pietrzykowo. Po śmierci małżonki w 1610 roku, udał się - jako komendant miasta - do Gdańska, gdzie za jego radą wykonano nową drogę wodną dla statków, umożliwiającą lepszą obronę przed Szwedami. Peter Gotberg dbał o swoje Pietrzykowo. W 1620 roku rozbudował istniejący tutaj kościół, w szesnaście lat później spoczął w jego podziemiach. Gotberg posiadał trzynaścioro dzieci, z których przeżyło pięcioro - trzech synów i dwie córki. Synowie jego byli również niespokojnymi duszyczkami. Najstarszy z nich został nawet ścięty w miejscowości Dorpad (dzisiejsze Tartu) w obecnej Estonii, ponieważ już po pokoju westfalskim zapragnął kontynuować trzydziestoletnią wojnę.

Mieszkańcy Pietrzykowa długo pamiętali o swych sławnych ziomkach. Nawet w kościele widniały w oknach cztery herby członków rodziny Gotberg - herb ojca Petera oraz jego trzech synów. Również kielich mszalny zawierał wyryte nazwisko Gotberg. W pietrzykowskim kościele przechowywane były również zbroje rycerskie, które napawały dumą wszystkich mieszkańców. Kiedy w Pietrzykowie była huczna zabawa, kiedy rozlegał się w powietrzu głośny śpiew i muzyka, wówczas mawiano: "Datt tchlint, as im Petekuchdje Polee!" ("To brzmi jak w pietrzykowskim pałacu!") Rycerska przeszłość Pietrzykowa oddziaływała szczególnie mocno na fantazję najmłodszych jego mieszkańców. Pamiętam dobrze opowiadania mej babci z Trzyńca, która jako małe dziecko często zabierała ze sobą skórzany pasek, który mógłby być w każdej chwili potrzebny na jakiegoś zarozumiałego rówieśnika z Pietrzykowa.

Zbroje rycerskie z Pietrzykowa

Zbroje rycerskie z Pietrzykowa

W miejscu, gdzie Mała Brda przepływa przez podmokłe łąki rozciągające się po zachodniej stronie Pietrzykowa, łąki porośnięte trzciną i inną pożółkłą roślinnością; tam, gdzie niegdyś sunęły z podmuchem wiatru fale Jeziora Wiejskiego, pływała para spokojnych łabędzi, co było dla mnie niezwykle miłą niespodzianką. Ptaki te znalazły sobie tutaj tymczasowe schronienie, ponieważ jeziora były jeszcze zamarznięte, a dostęp do pokarmu był niezmiernie ważny dla ich zdrowia i życia. Na tej podmokłej łące, tuż obok pływających w rzece łabędzi, rosły obok siebie dwa młode drzewa, których bezlistne konary wyciągały swe ramiona ku promieniom słońca, zdradzając przy tym uważnemu obserwatorowi swe marzenia i obecny charakter.

Dotarłem wkrótce do drogi prowadzącej do Zagajów. Podobnie jak i Mała Brda przeszedłem w pośpiechu tę drogę, wstępując na łąki po jej północnej stronie. Już po samym wyglądzie rzeki rozpoznałem, iż zbliżam się powoli do jej źródła, do końcowej stacji mej wędrówki. W pobliżu lasu okalającego Jezioro Piotrowskie, wody rzeki rozlane zostały w kierunku zachodnim, tworząc coś w rodzaju małego bagienka. Minąłem ostrożnie te wody, stąpając po zwartych kępach traw, i udałem się w stronę pobliskiej, zachodniej moreny. Po chwili znalazłem się w bukowym lesie, który to, jak to przeważnie bywa, zamieszkiwała wielka tajemnica strzeżona w murach zamku o wysokim sklepieniu utworzonym przez konary sędziwych drzew. Przystanąłem na chwilę, wsłuchując się w dźwięk jakiś w niezmiernym skupieniu. Z lekkim uśmiechem na twarzy ruszyłem wkrótce przed siebie, mijając ostrożnie krzewy i wielkie drzewa. Więc odnalazłem ją znowu, swą towarzyszkę podróży, choć jakże teraz odmienioną, jakże odmłodzoną i żywszą! Szybko i niestrudzenie płynęła Mała Brda dnem głębokiej rynny, wychodząc z ciekawością ku światu z promiennym obliczem dziecka. Usiadłem na przeciw Jeziora Piotrowskiego, tuż obok wypływającej z niego rzeki. Poczułem lekkie zmęczenie kładące się ciężarem na mych członkach. Przymknąłem więc na chwilę oczy, relaksując się równomiernym oddechem i ciszą świata wokoło.

Słońce chyliło się już ku zachodowi. Zaczął wiać silniejszy wiatr a powietrze stawało się coraz zimniejsze i bardziej niegościnne. Pietrzykowskie moreny rozkładały na ziemi ciemne dywany z cienistej tkaniny. Przygaszały one pobudzone do życia kolory, zapowiadały odejście dnia.

Raz jeszcze usłyszałem głos żurawia, który tym razem ukazał się mym oczom lecąc z donośnym krzykiem w stronę jeziora Ciemno. Przez dłuższy czas roznosiło się w powietrzu wołanie tego pięknego ptaka. Było to coś realnego w tej rozmywającej się u progu nocy krainie. Z każdym kolejnym krokiem niebo traciło na swym błękicie a Pietrzykowo i Pietrzykówko milkły jakby, oddając się we władanie nocy kroczącej cicho i przyglądającej się wszystkiemu w zachwycie.

Jezioro Deper powitało mnie milczeniem, wskazując jedynie dłonią ku nieba zachodniej stronie. Tam, ponad wyspą, mieniło się tysiące barw, do snu kładąc wszystkie ziemskie dzieci. Podobnie, jak i inni, zabrałem z sobą te barwy, z których stworzę sobie płaszcz, przekraczając dzisiejszego snu bramy.

^do góry ^

Spis treści:

Strona główna

Publikacje

Wybór tekstów

Stare fotografie

Najstarsze dokumenty

Linki

Kontakt

Reklama


Copyright (c) 2007 - Jacek Bublewicz, www.hiazintus.com
All Rights Reserved
Webmaster: Jacek Bublewicz -
koczala@hiazintus.com